1, Microsoft udziela licencji na instalację określonej liczby kopii systemu Windows na określonej liczbie komputerów. Zwykle jest to jedna instalacja na jednym komputerze. Inaczej mówiąc, jeśli zainstalujemy Windows na dwóch partycjach tego samego dysku, to musimy mieć dwie licencje. Nie mam zielonego pojęcia jak to jest z markowymi komputerami, które mają klucz licencyjny zaszyty w BIOS i Windows aktywuje się na nich automatycznie, ale doradzam zachować ostrożność.
2. Celem poniższych porad nie jest łamanie prawa. Jeśli ktoś zainstaluje sobie pirackie oprogramowanie, to jego decyzja i jego problem.
Wiele odkryć zaczęło się od błędu i tym razem też tak było.
Potrzebowałem zainstalować Windows 11 na jednym ze swoich komputerów, a pendrajwa z obrazem instalacyjnym gdzieś mi wcięło.
Nie było wyboru, trzeba było przygotować drugiego.
Używam do tego programu Rufus (to jeden z nielicznych wyjątków, kiedy program pod Windows jest lepszy od narzędzi linuksowych).
Rufus ma kilka fajnych funkcji, przede wszystkim pozwala spersonalizować instalatora i ominąć takie debilizmy jak na przykład obowiązkowe konto Windows.
(Nie będę opisywał programu Rufus, jest naprawdę prosty i każdy może się go nauczyć we własnym zakresie).
No i właśnie tutaj popełniłem błąd, bo zamiast "standardowej instalacji" zaptaszkowałem "Windows To Go"...
Program zaczął mielić i po godzinie doszedł do 30%...
Straciłem cierpliwość i przerwałem instalację, ale sprawa mnie zaciekawiła.
Google powiedział mi, że "Windows To Go" to przenośna instalacja na zewnętrznym nośniku, którą da się uruchomić na różnych komputerach. No fajna sprawa. Bez dłubania w bebechach komputera można zainstalować drugiego Windowsa na drugim dysku i na przykład zainstalować jakieś oprogramowanie, co do którego nie mamy pewności czy będzie działało, albo czy zaspokoi nasze potrzeby. Albo można uruchomić potrzebny nam program na cudzym komputerze bez jego zaśmiecania. Tak czy inaczej, warto coś takiego mieć.
Jednak próba zainstalowania Windows 11 na tandetnym pendrajwie musi skończyć się katastrofą, bo nawet jak system wstanie, to mu się ślimaki rozbiegną...
No i tu doznałem olśnienia.
Mam kilka chińskich dysków SSD, które kupiłem tylko dlatego, że były tanie (ok 30 PLN za 128 GB).
Wziąłem więc tanią przejściówkę SATA<>USB i była lipa, bo transmisja przekłamywała dane. Może to trefny egzemplarz, ale warto wiedzieć, że to się zdarza i jak będzie problem zainstalować albo uruchomić, to jest to pierwszy podejrzany.
Z kolei przypomniałem sobie, że mam w szufladzie zewnętrzny dysk 2,5" na USB, który kupiłem na backup, więc prawie wcale go nie używam. Wyjąłem oryginalny dysk, założyłem chiński SSD i tym razem poszło bez problemów.
Tutaj mała uwaga, że są różne standardy USB. Żeby miało to jakikolwiek sens, trzeba użyć co najmniej USB 3.0, bo interfejs USB będzie przycinał transmisję, gdyż jest wolniejszy od SATA.
Można też użyć przejściówki USB<>NVME, ale sens ma to średni (kosztuje drożej a transmisji nie przyspieszy), chyba że komuś zależy na małych wymiarach.
Tym razem zarówno instalacja poszła szybko, jak i Windows wstał i pracował z zadowalającą prędkością.
Niestety Rufus nie instaluje sterowników zależnych od sprzętu, na przykład do karty graficznej. Można te sterowniki doinstalować ręcznie, ale wtedy może być problem z uruchomieniem na innym sprzęcie. Ja akurat mam wszystko na AMD, więc nie muszę się tym martwić.
No i na koniec zrzut z benchmarku. To jest ten systemowy dysk podłączony przez USB:
Jak to mówią, du** nie urywa, ale da się pracować...






