Tak, wówczas jeszcze nie prowadzono gospodarki rabunkowej.
W czasach gdzie nie liczyła się wyłącznie "mamona dla prezesa" i dbali rzeczywiście o stan zarybienia, w południe łowiłem wegorze z pomostu będąc na wycieczce z rodziną. Zupełnie "z partyzanta". Kiedy już pojechałem na nockę na węgorze, to było eldorado. Dzisiaj te jeziora są tak przetrzebione że 8 cm okoń to szczyt wielkości. Tylko to przez siaty spierdzieliło. Cala reszta wybrana.
Masz miejscówkę o którą ktoś dba (bo owszem sa takie) to tym bardziej jest szansa w te parę dni się pobawić. Przynajmniej wiesz, że nie siedzisz przy studni. A jak nic nie wpadnie, to jedynie złośliwość natury. Bo jak są tam ryby, to nie potrzeba cudów aby je złowić.




